Opowiadałam wam niedawno o niezwykłych warsztatach fotografii ślubnej, na których byłam we wrześniu ubiegłego roku.

Warsztaty odbyły się w Jasnej Dolinie – urokliwym miejscu na końcu świata. (No dobrze, niedaleko Warszawy, ale jadąc tam polnymi drogami i zderzając się z uspokajającą ciszą i klimatem tego miejsca, naprawdę można odnieść wrażenie, że przenosimy się do innego wymiaru, w którym oddycha się wolniej i żyje się piękniej).

Jako że to miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie, to trudno było mi odkleić się od aparatu, bo na każdym kroku widziałam idealny kadr, który po prostu musiałam zabrać ze sobą do domu, żeby zapamiętać te chwile i móc do nich wracać!

Ciepłe, jesienne słońce, zalotnie prześlizgujące się między drzewami, zachęcało do romantycznych ujęć. Gdy więc zorientowałam się, że jedna z uczestniczek warsztatów przyjechała ze swoim partnerem… nie mogłam dać im się wyspać. Możecie stwierdzić, że to zazdrość młodej mamy, która nie pamięta, co to przespana noc, albo możecie dojść do wniosku, że to zasługa mojej miłości do fotografii, dla której jestem w stanie poświęcić sen innych ludzi – pozostawię to waszej interpretacji 🙂

Niemniej jednak drugiego dnia warsztatów wyciągnęłam (to znaczy, zaprosiłam) zakochaną parę na sesję zdjęciową o 7:30 rano! Wyszliśmy poza teren Jasnej Doliny, żeby podziwiać wschód słońca w całej okazałości i zapewniam was, że wszyscy na chwilę wstrzymaliśmy oddech, gdy zobaczyliśmy tę grę świateł w wykonaniu porannego słońca wyłaniającego się zza drzew.

Była w tym jakaś nieuchwytna magia i subtelność, z jaką nowy dzień witał się ze światem. Natychmiast wyciągnęłam aparat i spojrzałam na dwójkę zakochanych ludzi, zastanawiając się, jak przenieść tę łączącą ich więź na drugą stronę obiektywu.

Dlaczego akurat im zaproponowałam sesję? Bo mieli w sobie to coś – pewną czułość i świeżość, którą potem ze wzruszeniem oglądamy na zdjęciach, czując szybsze bicie serca. Być może kiedyś, gdzieś w jakiejś podróży, to właśnie wy wpadniecie mi „w oko” i poproszę was o zapozowanie do kilku zdjęć. O tym, że mi się to zdarza, przekonała się pewna para z Niemiec podczas… mojej podróży poślubnej. Tak, zrobiłam im wtedy sesję zdjęciową w urokliwych okolicznościach i nie wiem, komu sprawiła ona więcej radości – mi, czy sąsiadom zza zachodniej granicy!

Tym razem krajobraz również nie zawiódł i choć moi modele to osoby z ogromnym poczuciem humoru, podczas sesji postanowiłam skupić się na łączącym ich uczuciu i postawiłam na romantyczne ujęcia, którym sprzyjało wschodzące słońce. Zresztą, spójrzcie tylko na te zdjęcia – z jaką czułością patrzą na siebie, jak miękko wtulają się w swoje ramiona. Nie jestem pewna czy zapatrzeni w swoją miłość, pamiętali w ogóle o tym, że jestem tam jeszcze ja po drugiej stronie aparatu.

To była niezwykle lekka i świeża sesja – ale właśnie takie wzruszają mnie najbardziej. Naturalne emocje i uczucia łączące dwoje zakochanych ludzi to najlepsze rekwizyty, jakie fotograf może sobie wymarzyć! Jeżeli wy również chcecie zobaczyć waszą miłość zapisaną w kadrach – napiszcie do mnie jeszcze dziś i znajdźmy idealne miejsce na waszą sesję zdjęciową!